poniedziałek, 4 lutego 2019

Mi historia

Esa etapa de mi vida fue muy difícil y dura para mí... Y verdaderamente me cuesta hablar muchísimo de esto. Pero ya pasaron unos años y es tiempo de mirar hacía delante... 
Esos días en México fueron unos de los peores dn mi vida. La pérdida de mi esposa, unos días en la cárcel por ser "cómplice", no solo del asesinato de mi propia mujer, pero de todo ese mundo de mierda, las drogas, violencia, estafas. Me costó mucho comprobarlo que no era hací y que no tenía nada que ver con todo eso. Si no fuera Pola, la hija de Virginia, creo que me pudriría en la maldita cárcel en México. Esa mujer me salvó probablemente de una muerte por suicidio porque no soy capaz ni siquiera de pensar que podría pasar varios años en ese infierno. Gastó todos sus ahorros junto con los de Virginia para sacarme de ahí. Ambas me salvaron la vida por segunda vez. Primero del incendio en el tranvia y después eso... Cuando finalmemte volví a Polonia fueron ellas las que me ayudaron a recuparme. Mi hija Matilda también volvió a casa después de la tragedia. Se parecía tanto a su madre... A veces me daban escalofrios cuando hablaba con ella. Era como si estuviera hablando con María. Por suerte teníamos un piso bastante grande pero me sentía mal viviendo solo. Lo quise vender pero Matilda consiguió convencerme de que no lo haga y se mudó junto con su novio para vivir conmigo. 
Tuve que pasar una terapia con psicólogos, de verdad la necesitaba. En ese tiempo iba a ver todos los días a Virginia y a su hija. No puedo decir cuánto les agradezco. Desgraciadamente Virginia falleció hace dos años, pero Pola y yo estamos más cerca que nunca. Bueno... Les tengo que mencionar que hoy en día tratamos de formar una pareja. Todavía me cuesta hacerlo, no es fácil olvidar a la mujer que tanto queria pero la vida pasa y siento que María estaría feliz sabiendo que yo también lo soy. 
Muchas cosas quedaron sin resolver. Del sobrino de María ya no supe nada. El cuerpo de mi esposa fue transportado a Polonia porque ella siempre se sentía casi polaca. 

Y bueno, amigos mios... Ojalá toda esta triste historia sea una lección para ustedes. No se metan en cosas que no deberían. Ayuden, pero siempre pónganse a ustedes en el primer lugar, piensen sobre todo de ustedes mismos y de su seguridad. Amen mucho, crean en sus parejas, hablen de los problemas y vivan sus vidas de una manera que nunca se arrepientan porque nunca se sabe cuándo se acaba. Y como decía simpre María:
Amor, nuestra vida no vale nada. Hoy estamos y mañana no.

sobota, 2 lutego 2019

Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Problemy zaczęły się już na lotnisku w Meksyku. Sam lot przebiegł zgodnie z planem, przesiadka odbyła się sprawnie, zero spóźnień, a my przerażeni, ale gotowi do działania. Ciężko było mi w jakikolwiek sposób pocieszać Marię, jako że sam nawet nie wiedziałem co ja do cholery robię i jak to wszystko się skończy. Liczyłem na to, że spędzimy jakiś czas w Meksyku, moja żona załatwi wszystkie sprawy i razem z jej siostrzeńcem wrócimy do domu cali i zdrowi. Później już myślałem tylko o tym żebyśmy chociaż wrócili żywi...
Gdy już czekaliśmy na nasze walizki po wylądowaniu okazało się, że bagaż Marii zaginął. Spędziliśmy dwie godziny na lotnisku, pytając, dzwoniąc, czekając i w normalnej sytuacji bym się nie martwił aż tak bardzo o to, bo w większości przypadków bagaż się znajduje i wysyłają go na dany adres, ale coś mi mówiło, że to już początek naszych kłopotów na tym drugim końcu świata. Po prawie czterech godzinach czekania na jakieś wieści podeszło do nas dwóch policjantów uzbrojonych po pachy. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pewnie normalne, przecież muszą być gotowi na różne sytuacje... Dopóki nie kazali Marii położyć się na ziemi i się nie ruszać. Odruchowo zacząłem ich odpychać i pytać jakim prawem tak ją traktują, ale moja odwaga szybko zniknęła jak poczułem coś twardego i zimnego z tyłu głowy. Celowali mi prosto w głowę i powiedzieli, że ja się nie ruszam, a Maria idzie z nimi. Wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać czy to był dobry pomysł żeby tam jechać, a co gorsze, pomyślałem, że moja kobieta przy mojej obecności mogła coś przemycać. Może to by wyjaśniało tajemnicze zaginięcie jej bagażu i to, że wtedy ją zatrzymali. Obezwładnili ją i prowadzili przez lotnisko jak jakiegoś przestępcę. Nagle jeden z policjantów dostał telefon. Zatrzymali się, wymienili z Marią parę słów i ku mojemu zaskoczeniu, puścili ją. Układy ? Nie wiem. Szła pospiesznie w moją stronę, powiedziała, że policja zajmie się jej bagażem, a my możemy w końcu stamtąd iść. Chyba nie chciałem pytać o szczegóły.
W drodze do naszego hotelu zacząłem strasznie panikować. Czułem jakby dopiero wtedy do mnie docierało co się dzieje. Modliłem się żeby to był jakiś sen i przerażało mnie to, że zaczynałem wątpić w swoją żonę. Zapewniała mnie, że była zmuszana do wielu rzeczy i moje życie, między innymi, też mogło być zagrożone. Ślepo za nią podążałem i chciałem przede wszystkim ją uszczęśliwić, ale sytuacja zaczynała mnie przerastać.
Tego samego wieczoru Maria była umówiona na spotkanie ze swoim siostrzeńcem. Nalegała, bym został w hotelu, bo było to niebezpieczne. Na pewno nie byłoby to spotkanie tylko między nimi, a pewnie z całą obstawą. Dostała kilka telefonów, odpowiadała krótko: ,,tak’’, ,,okej’’, ,,będę’’, ,,będę sama’’. I tak też zrobiła. Zanim wyszła, spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem, tak jakby nie wiedziała czy wróci, a ja już za nią tęskniłem. Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi poczekałem chwilkę i wyszedłem za nią. Ani nie myślałem zostać w pokoju, wiedząc że może być w niebezpieczeństwie. Taksówka już oczywiście na mnie czekała przed hotelem. Na nią z kolei czekał stary wóz, a w środku dwóch mężczyzn. Maria wyglądała na zdenerwowaną, ale była całkiem opanowana. Po około półtorej godziny dotarliśmy na miejsce. Właściwie to pusta przestrzeń i po środku niczego, ogromny dom. Zatrzymaliśmy się parę metrów dalej. Gdy Maria zbliżała się do wielkiego domu naprzeciw niej wyszedł młody chłopak i pospiesznie kierował się w jej stronę. Gdy się w końcu spotkali, rzucili się sobie w ramiona. Maria stała tyłem, a młodzieniec trzymał ją mocno i płakał. Założyłem, że to prawdopodobnie jej siostrzeniec. Po chwili zdałem sobie sprawę, że Maria ma bezwładne nogi, a chłopak dosłownie ją trzymał z całych sił, by ta nie upadła. Nagle zrobiło się wielkie poruszenie. Usłyszałem strzały, sygnały policyjnych wozów, krzyki, i jak przez mgłę, widziałem upadająca na ziemię żonę. Kiedy bez namysłu do niej podbiegłem leżała sama, bo osoba, która ją trzymała zdążyła już uciec.
Kto to rzeczywiście był i dlaczego to wszystko się wydarzyło, tę tajemnicę Maria zabrała do grobu. Moja żona wykrwawiła się na moich rękach... Trzymałem ją mocno, błagałem żeby nie odchodziła, ale rany kłute, które zadał jej ten chłopak były na tyle poważne, że bardzo szybko odeszła. Patrzyła mi prosto w oczy, tym samym spojrzeniem kiedy przysięgaliśmy sobie przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć nas nie rozłączy. Łzy leciały jej po zimnym policzku, a ja je wycierałem tak jak zwykle to robiłem, kiedy zdarzało jej się płakać. Powtarzałem, że będzie dobrze, głaskałem po głowie i nie dopuszczałem myśli, że ona naprawdę odchodzi. Wraz z jej ostatnim, krótkim i ciężkim tchem umarła i moja nadzieja na to, że cokolwiek jeszcze dobrego w życiu mnie spotka.
Nie bardzo wiedziałem co się działo wokół nas i pamiętam już tylko tyle, że dopiero choć trochę oprzytomniałem kiedy znalazłem się w więziennej celi.

sobota, 26 stycznia 2019

Con destino a México

María ya había comprado su billete a México y yo, con los restos de dinero ahorrado que tenía, también lo hice. Por supuesto antes de irnos quería estar seguro de que todo estaba bajo control, por lo menos en Polonia. Mi trabajo, mis hijos y Virginia. Matilda, Juan y Canela, mis hijos, ya tenían sus propias vidas. Eran aún muy jovencitos pero ya cada uno estaba en otra parte del mundo estudiando o trabajando y realizando sus sueños. Estaba muy orgulloso de ellos. Matilda se parecía mucho su madre, se emocionaba fácilmente y antes de preocuparse por sí misma quería salvar a todo el mundo sin pensar de las consecuencias. Tenían la misma sonrisa y cada uno de sus movimientos me hacía pensar que estoy mirando a María. Juan, después de cumplir 19 años, se fue al extranjero, siempre decía que quiere una vida cómoda y que no lo podrá lograr en Polonia. Por suerte encontró un buen trabajo y vive con su novia, una chica muy amable. Canela era la menor y desgraciadamente la que tenía las peores experiencias de todos nosotros, bueno por lo menos hasta ese momento. Nunca sabía lo que quería hacer en su vida, no tenía planes y viendo que sus hermanos trataban de estabilizar sus vidas ella se ponía triste y hasta celosa. Trabajó en diferentes lugares, tuvo una vida amorosa muy difícil y complicada y también decidió marcharse a otro país para ver si el destino le traía algo bueno. Al principio no fue tan fácil como pensaba y le costó muchísimo adaptarse pero con el tiempo su vida cambiaba poco a poco hasta finalmente alcanzar la felicidad y eso era lo que me alegraba mucho.
Me encontré con Virginia. No le conté nada de lo que estaba pasando. Sabía que estaría muy preocupada y solo le dije que me tomaría unos días de descanso fuera del país con María y trataríamos de reparar nuestra relación. Noté en la cara de Pola, la hija de Virginia, que no me creía ni un poco de lo que decía, pero bueno... Era mi asunto, no el suyo. Aunque su mirada casi me obligaba a decir toda la verdad, no lo hice.
Estaba todo preparado y yo estaba tan nervioso y pálido que al llegar al aeropuerto María preguntó si estaba seguro de lo que hacía y que en cada momento podía retirarme. Jamás la había visto tan preocupada y me daba la impresión que prefería que me quedara en casa porque ni siquiera ella sabía que pasaría.
Durante todo el vuelo nos cogíamos de la mano fuertemente y no dijimos ni una sola palabra. Después de un largísimo viaje y a unos minutos antes de aterrizar Maria dijo solo dos palabras: - tengo miedo.
Cuando le di una mirada se me puso la piel de gallina. Yo estaba igualmente atormentado que ella.

czwartek, 24 stycznia 2019

Klamka zapadła

Odkąd tylko ujrzałem Marię po raz pierwszy wiedziałem, że to dobra kobieta o złotym sercu. Oprócz jej magnetycznego uśmiechu miała spojrzenie, które mogło skraść niejedno serce. Tamtego dnia rozmawialiśmy godzinami próbując sobie wszystko wyjaśnić, a ja im więcej wiedziałem, tym bardziej tego żałowałem. Oczywiście cieszyłem się, że w końcu poznaje prawdę i tym razem wiedziałem, że nie ma mowy o ukrywaniu jakichkolwiek faktów, ale tak prosty człowiek jak ja chyba nie był w stanie pojąć wszystkiego. Nigdy nie miałem problemów z prawem, nie lubiłem wdawać się w bójki, nigdy nie mieszałem się w nie swoje sprawy. Ciężko było mi zrozumieć pewne rzeczy, w szczególności te, które robiła Maria, by chronić swojego siostrzeńca, ale z całego serca starałem się zrozumieć i ją wspierać. Nie jedna osoba pomyślałaby, że jestem stuknięty i że powinienem rzucić swoją żonę dlatego nie dzieliłem się z nikim o tym co się działo w moim małżeństwie. Wolałem sobie oszczędzić słowa: ,,ja na twoim miejscu dawno bym ją rzucił’’, ,,nie wiesz w co się pakujesz’’. Oczywiście, że nie wiedziałem, ale mimo wszystko postanowiliśmy razem rozwiązać ten problem. To już nie była jej sprawa tylko nasza.
Maria była ciągle szantażowana i musiała niejednokrotnie spotykać się narkobossami i starać się chronić i trzymać przy życiu swojego siostrzeńca. Była ich kobietą dla towarzystwa. I nie zrozumcie mnie źle... Między innymi dzięki jej udziałowi w różnych spotkaniach był możliwy handel narkotyków i niestety miała w tym niemały udział. Stąd też zdjęcie, które dostałem od Wirginii. Przysięgała, że nigdy nie dała się wykorzystać, ale gdyby całkowicie zrezygnowała z tych spotkań byłoby po niej. No i stąd też nie było mowy, żeby zawiadomić policję.
Ostatecznie wynegocjowała, żeby jechać osobiście do Meksyku. Tam miała pojawić się jeszcze na kilku ważnych zebraniach i być pośredniczką w pewnych sprawach, o których ona sama jeszcze nie wiedziała i wreszcie wrócić do kraju ze swoim siostrzeńcem. Pomysł wydawał się absurdalny i niebezpieczny, ale dla Marii sprawa była jasna.
Dla mnie wtedy już też... Pakujemy się.

sobota, 12 stycznia 2019

La más pura verdad

MÉXICO ?!
Me eché a reír y luego le pregunté que si se había vuelto loca. Vertiginosamente paré de reírme cuando me di cuenta que María estaba más seria que nunca. Tenía el presentimiento que quería escapar de algo o de alguien. Es verdad que mi esposa tenía algunos parientes en México pero jámas pensé que querrá verlos. No hablaba mucho de ellos pero noté que últimamente se ponían en contacto bastante frecuente. Cuando preguntaba cómo estaban, solamente me decía que tenían pequeños problemas pero ella trataba de ayudarles. Nunca pregunté por más detalles.
Yo estaba dispuesto a irme con ella a México y hasta el fin del mundo aunque sea para siempre si ella lo quería pero primero tenía que aclarar algunas cosas.
Ese día le puse a María un ultimátum. Yo haré lo que ella quiera pero ella me contará toda la verdad. Ya estaba harto de fingir que todo estaba bien y aunque fuera ese día el último de mi matrimonio, quería saber todo. Le mostré también la foto que me había dado Virginia ya que según ella, María no era para mí.
María aceptó el trato y créanme que preferiría mil veces que me dijera que tenía un amante (aunque me quitó un peso del corazón al saber que no lo tenía, digamos...). Pero todo era mucho más complicado.
El sobrino de María de tan solo 21 añon que vivía en México se había metido en un gran lío. Pertenecía a un grupo de mafiosos y además era traficante de drogas. Cuando se dio cuenta que era algo mucho más serio de lo que pensaba, quiso dejar todo ese asunto pero desgraciadamente ya era tarde. Lo único que le quedaba era quedarse en la banda o que le metan una bala por la cabeza.
Y ese era tan solo el comienzo de la historia...

Tal vez Virginia tenía razón que María no era para mí pero ella ni siquiera sabía por lo que estaba pasando mi esposa.

piątek, 4 stycznia 2019

Czy to był koszmar ?

Mimo że byłem przerażony sytuacją i nawet nie zdawałem sobie do końca sprawy co się właściwie dzieje, postanowiłem, że bez Marii nigdzie się nie ruszam. Facet schował broń i wyszedł czym prędzej, by uniknąć spotkania z policją, która miała się niedługo zjawić. Maria również sprawiała wrażenie jakby tego spotkania wolała uniknąć i niemal błagała żebyśmy stamtąd wyszli. No i ja... Ledwo już stałem na nogach, plątały mi się słowa i zamiast natychmiastowego otrzeźwienia doznałem amnezji i obudziłem następnego dnia we własnym łóżku.
O 10 rano obudził mnie najgorszy ból głowy jaki w życiu miałem i płacz Marii. Przez chwilę miałem nadzieje, że to co się wydarzyło było tylko koszmarem, ale patrząc na swoja kobietę wiedziałem, że niestety nie...
- Może wyjedziemy ? - rzuciła Maria, szlochając wtulona w poduszkę.
- Co ty wygadujesz ? Kochanie, powiedz co się dzieje.
Patrzyłem na nią i nie wierzyłem, że jest tą samą kobietą, z która się ożeniłem. Maria taka nie była. Jej słodka i niewinna buźka zawsze była uśmiechnięta i radosna. Uwielbiałem na nią patrzeć kiedy spała, a jeszcze bardziej, kiedy opowiadała mi o czymś z takim zapałem i ekscytacją, jakby właśnie wróciła z wizyty z samym papieżem, mimo że było to jakieś błahe wydarzenie. Była zawsze radosna, a nawet kiedy coś ją dręczyło, wolała zachować to dla siebie, bym ja się nie martwił. Wiem, że czasem nasza sytuacja ekonomiczna ją trapiła, ale przecież przysięgaliśmy... Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie.
Teraz przypominała bardziej wymęczoną życiem kobietę, mającą tysiąc zmartwień i stojącą na skraju załamania. Jej twarz poszarzała, oczy posmutniały i już nie widziałem tak często tego pięknego uśmiechu, w którym się zakochałem.
Nie było dnia, w którym Maria by nie zapewniała jak wielkim uczuciem mnie darzyła i jak bardzo mnie kochała, a ja nie miałem nigdy powodów, by w to wątpić.

- Gdzie chcesz wyjechać ? - zapytałem zaciekawiony, ale i zaniepokojony jej pomysłem.
- Do Meksyku.

wtorek, 18 grudnia 2018

Un gran lío

María estaba sentada en la mesa con un hombre. No pude reconocer si era el mismo de la fotografía que me había dado Virginia o no. Mi mujer llevaba un largo vestido verde, se lo compré ya unos años atrás y me encantaba cuando lo ponía. Ambos platicaban, sonreían, pero la sonrisa de María no era esa que yo conocía. Parecía poco sincera, fingida. Tuve la impresión que estaba tensa y que no se sentía bien en la compañía de ese hombre. El tipo tenía una apariencia que me asustaba, era bastante grande, calvo y se parecía a esos de las películas que mataban con sangre fría. Pensé que lo mejor sería sacarla de ese lugar. Quise dar un paso pero sentí como si mis pies estuvieran pegados al suelo.
María acercaba rápidamente una copa de vino a sus labios y la bebió entera. En ese momento me vió. Poco faltaba a que muriera por atragantarse. Ya no había salida. Me dirigí hacía ella fuertemente y estaba pensando qué le voy a decir a esos dos.

- Adam, qué haces aquí ?
- Que qué hago yo ??? Quién es ese tipo ? Nos vamos de aquí María. Se acabó la fiesta.
- Amor, no puedo. Son cosas de trabajo. No compliques las cosas, véte de aquí, te lo ruego. -dijo casi atormentada. Noté en sus ojos miedo.
- No, tú te vas conmigo. -Dije ásperamente y esperaba a que se ponga de pie, pero no lo hizo.

No soy uno de esos que usa agresión, ni siquiera sería capaz de gritarle, pero después de las varias copas que había tomado y de la furia que comenzaba a dominarme, sin pensarlo, cogí a María de la mano y le dije por última vez que nos vamos.
En un instante se armó un lío, el tipo calvo sacó una pistola y me amenazó diciendo que si no salía me metía una bala. María con un tremendo espanto trató de calmar la situación.

- Te lo dije. No puedo... - repitió con un penetrante arrepentimiento.

wtorek, 11 grudnia 2018

Część 2

Nie bardzo wiedziałem jak się zachować i przede wszystkim jak dalej postępować. Nie mogłem przecież ot tak wyjść od Wirginii, wrócić do domu i powiedzieć Marii żeby się wynosiła, a właściwie to ja powinienem to zrobić, bo mieszkanie było jej. Miałem mętlik w głowie. Biorąc ostatni łyk herbaty zadzwonił dzwonek. Nie wiedzieć czemu, strasznie zbladłem i nie wiedziałem czy za drzwiami ukaże się Maria, a może moja matka jednak żywa, a może siostra, której nie znam ? Wirginia podeszła do drzwi i jak tylko je otworzyła, gwałtownie wpadła do środka, lekko zdyszana i uśmiechnięta kobieta. Brunetka, nie za wysoka, dość drobna i muszę przyznać, że uśmiech miała piękny. Sądząc po uderzająco podobnym, ciepłym spojrzeniu i serdecznym uśmiechu uznałem, że to córka Wirginii. Miała w sobie coś co przyciągało jak magnez.
Przywitała się najpierw z Wirginią, a po chwili prawie w podskokach podeszła do mnie: - Cześć Adam, jestem Pola, miło Cię poznać.
- Yyyyy... Hej ? - taka mniej więcej była moja reakcja.
,,Cześć Adam’’ ?? Może okaże się, że pół osiedla zna moje imię i w dodatku okaże się, że śledzi moje życie ? Uznałem, że czas najwyższy stamtąd wyjść, potrzebowałem ochłonąć, czułem, że brakuje mi powietrza. Obie kobiety próbowały mnie zatrzymać, ale tego dnia miałem dosyć, to było zbyt wiele.

Było koło godziny osiemnastej więc postanowiłem, że zamiast do domu, pójdę do pubu. Prędzej niż ciepła herbata przydałaby się szklanka dobrej whisky.
Zanim zdążyłem coś wypić to już czułem jakbym był w stanie nietrzeźwości, nogi mi się plątały, miałem szum w głowie i nie bardzo wiedziałem co dzieje się wokół mnie.
Wszedłem do baru, zamówiłem najlepszy trunek jaki mieli i wychyliłem na raz. Potem kolejny i kolejny...

Obraz co prawda już mi się zamazywał, ale to co zobaczyłem sprawiło, że szklanka (nie pamiętam już, która z kolei) wyślizgnęła mi się z dłoni roztrzaskując się na drobne kawałki.

wtorek, 4 grudnia 2018

El comienzo de un fin

Después de una hora llegó María. Parecía muy preocupada, me saludó dándome un beso en la frente, uno de esos que más me gustaba. Me preguntaba si algo había pasado porque estaba pálido y callado y me tranquilizaba diciéndo que ya íbamos a volver a casa pronto. Ni siquiera tuve el corage de decir algo, esque cuando la vi y le miré fíjamnete en los ojos no pude... Me ayudó a coger el resto de mis cosas y salimos del hospital, aunque yo me sentía más bien como sie estuviera saliendo de un manicomio.

Tenía bien guardada la fotografía que me había dejado la señora en mi cama y unos días después decidí averiguar de quñe se trataba todo este asunto. Cuando María iba saliendo al trabajo, yo fingí sentirme mal y dije que me quedaría en casa. Tan pronto como salió, yo saqué la foto del fondo de mi armario y ni siquiera llamé al número que se encontraba en ella. En vez de eso, sin avisar subí a mi coche y arranqué dirigiéndome directamente al objetivo.
Cuando ya me encontré en frente de la puerta me quedé tan tenso que ni pude sacar la mano del bolsillo para tocar el timbre. Tampoco tuve que hacerlo. En unos segundos la puerta se abrió y allí estaba ella. Esa vieja que me atormentaba tanto.
Tuve la sensación que mis piernas poco a poco se hacían de algodón.
Me recibió calurosamente con una sonrisa muy tierna y hasta pude ver alivio en su cara. Me senté en un sillón bastante viejo, ella propuso una taza de té y yo acepté.
- Soy Virginia, una vieja amiga de tus padres - dijo, sacando con la manos temblorosas una fotografía de una pareja.

Nunca supe mucho sobre mis padres. Lo único que sabía era que me dejaron en un orfanato cuando era muy pequeño por falta de bienes. Nunca pude comprender cómo pudieron dejar a su propio hijo por falta de dinero si a mí lo único que me faltaba era amor. Verdaderamente so sabía qué decir y quería salir en ese instante y ya no oír nada más pero pensé que tal vez sería bueno saber por lo menos si ELLOS estaban vivos. Pero por otra parte... Quién eran ellos para mí ? Unos extraños.
Siguió hablando:
- No te enojes, les prometí a tus padres que cuidaría de ti. Durante todos estos años averiguaba cómo va tu vida y si eres felíz. Adam, ellos te querían mucho. Lamentablemente murieron en un accidente pocos días después que te dejaron.
Vaya... El destino arregló las cuentas rápidamente con ellos - pensé, y - vaya qué detective de esa vieja !

Para ser honesto, sentía tanta rabia y odio en ese momento que no sé si me dolió lo que había oído. Siempre viví con el pensamiento que no tengo padres y ya está. Para mí igualmente estaban muertos.
Más bien me preguntaba de dónde carajo sacó esa forografía de María y si era verdadera... Esta vez ya no me opuse a preguntar. Y saben lo que escuché ?

- Créeme, esa mujer no es para ti.

Y de eso ya me iba a convencer en muy poco tiempo…

poniedziałek, 26 listopada 2018

Tajemnicza starsza pani

Być może zastanawia Was pewna rzecz po moim ostatnim wpisie. Skąd starsza pani, która ledwo wchodziła pod górę na cmentarz miała tyle siły, aby otworzyć drzwi od kabiny palącego się tramwaju, w którym się znajdowałem ? Mnie też to zastanawiało...

Kiedy obudziłem się w szpitalu miałem nadzieję, że ujrzę Marię, bo zapewne ktoś już ją powiadomił o nieszczęściu, które się wydarzyło. Ku mojemu zaskoczeniu (choć już sam nie wiem czy nie było to przerażenie) na krześle siedziała ta sama starsza pani i niecierpliwie wyczekiwała aż się wybudzę. Szybko podeszła do mojego łózka i upewniła się, ze wszystko już ze mną w porządku. W mojej głowie zaczęło się rodzić wiele pytań: dlaczego ta kobieta mnie uratowała, czy na pewno znała mnie tylko z tramwaju, czy rzeczywiście była po prostu straszą, schorowaną kobietą, którą spotkałem ''przypadkiem'' w drodze na cmentarz ? Ale najpierw chciałem się dowiedzieć gdzie jest Maria i dlaczego jeszcze jej tam nie było. Pomyślałem, że może ta kobieta będzie coś wiedziała, skoro (jak się domyślałem) siedziała przy mnie od dłuższego czasu. Zanim jednak zdążyłem o cokolwiek zapytać, ona zaczęła mówić: - Oni by mi tego nie wybaczyli, gdyby coś ci się stało, Adam - po chwili rozpłakała się tak, że poczułem się bezsilny i nie wiedziałem co powiedzieć.
W pierwszej chwili zastanawiałem się czy kiedykolwiek mówiłem tej kobiecie jak mam na imię, ale nie przypominałem sobie. Potem zacząłem się zastanawiać czy ta kobieta zwariowała ? Czy może myśli, że jestem kimś kim nie jestem naprawdę ? I KTO BY JEJ NIE WYBACZYŁ ? Chciałem od razu zapytać jak właściwie ma na imię, kim jest, czego chce i skąd mnie zna, ale z drugiej strony czułem strach... Bałem się usłyszeć coś czego bym nie chciał. Wolałem milczeć i przez parę minut po prostu na nią spoglądałem i myślałem od czego zacząć rozmowę.
Niestety zanim wydusiłem z siebie jakieś słowa wszedł lekarz, a kobieta, jeszcze bardziej roztrzęsiona niż ja, wyszła z pośpiechem z sali zostawiając na moim łóżku zdjęcie.
Z tyłu był numer telefonu i adres. Gdy odwróciłem zdjęcie...

Przecież to Maria...

                                                                      źródło: google

poniedziałek, 12 listopada 2018

El destino

No sé si creen en el destino pero yo sí, aunque en ciertas circunstancias fue muy doloroso aceptarlo pero todo pasa por algo y a veces lo que ocurre nos hace cambiar.

Salí por la mañana al trabajo, sin pensar del horror que me esperaba ese día. Hice un par de veces la misma ruta que siempre, escuchando música, mirando a la gente, esperando a los que corrían atrasados, nada espectacular. Alrededor de las 4 de la tarde, de repente, oí gritos que iban desde el primer vagón. Asustado y casi congelado del miedo vi un tremendo humo negro flotando sobre el aire. Frené el tranvía brúscamente, abrí todas las puertas para que la gente pudiera salir y lo mismo quería hacer yo, pero ya era tarde... El tranvía se puso en llamas y la puerta de mi cabina estaba bloqueada. Sentí que poco a poco me faltaba el aliento, lo único que pude ver era el fuego que abrazaba todo el tranvía y lo único en que pude pensar en ese instante fueron mis hijos. Cómo soportarían mi muerte, ni siquiera reconocerían mi cuerpo ya quemado, que horror.
Durante esos trágicos pensamientos pasó algo inesperable. Un milagro. La puerta de mi cabina se abrió y yo, con las pocas fuerzas que me quedaban, pude salir de ella. Me aparté unos metros más lejos y caí al suelo ya casi inconsciente. Tenía los ojos abiertos y pude ver que alguien se inclinaba sobre mí. Luego todo se aclaró... La señora que estaba a mi lado fue la misma que abrió la puerta de mi cabina.
 Y no se lo van a creer... Era ella, la misma del cementerio, la misma a la que yo le había ayudado. Creo que fue el destino el que nos juntó otra vez. Me salvó de la muerte arriesgando su propia vida. Después de su rostro, ya me acuerdo solo del techo de un hospital.

Y así obtuve una segunda oportunidad, una segunda vida.
Y sé que la bondad algún día vuelve.




https://www.google.pl/search?q=płonący+tramwaj&client=opera&hs=s0e&tbm=isch&source=iu&ictx=1&fir=gxaDfroIB9e8tM%253A%252CRXF2tWn7unvhRM%252C_&usg=AI4_-kSjsVTwQHkBkEBlF96wXd4725FCZQ&sa=X&ved=2ahUKEwjCwrOQxM_eAhULD8AKHWrFCEIQ9QEwCHoECAQQBg#imgrc=GtiDq0i5uXxptM:

niedziela, 4 listopada 2018

Zmarli ponad żywymi


Obchodziliśmy niedawno dzień wszystkich świętych. Dzień, w którym zazwyczaj spotykamy się z rodziną, spędzamy z nią czas, idziemy na groby naszych bliskich. Dziś opowiem wam dość smutną historię, która wydarzyła się pewnego 1 listopada. Jak co roku przyjechali do mojego rodzinnego domu moi najbliżsi, cieszyłem się bardzo, że znów mogłem ich zobaczyć. Wspominaliśmy różne historie, ja opowiadałem co nowego spotkało mnie w pracy, ciocia nie przestawała mówić, druga żaliła się na męża, a trzecia za wszelką cenę starała się psuć rodzinną atmosferę. Jak to mówią, z rodziną dobrze tylko na zdjęciach.
Gdy już wszyscy byliśmy gotowi do wyjścia na cmentarz ruszyliśmy w drogę. Oczywiście przed cmentarzem, do którego się wchodzi pod niemałą górkę, było pełno ludzi. Jedna pani oglądała się w lusterku i upewniała się czy nie rozmazała się krwistoczerwona szminka, druga pani uważnie spoglądała na swoje wysokie szpilki i pilnowała, aby nie wejść w śnieg (a było go sporo), starszy pan poprawiał krawat, a młode dziewczyny, włosy. Wchodząc pod górkę spoglądałem na te wszystkie osoby i miałem wrażenie, ze pomyliły im się święta. Mijaliśmy kolejne i kolejne osoby aż przeszliśmy obok starszej kobiety, około osiemdziesięcioletniej. Szła jedynie w towarzystwie swojej laski, a w drugiej ręce trzymała ciężką siatkę. Poruszała się bardzo wolno i z każdym krokiem wydawała się coraz bardziej zmęczona. Inni ludzie byli zbyt zajęci sobą, by móc ją zauważyć.  Bez zastanowienia, podszedłem i zaproponowałem pomoc. Przejąłem od niej reklamówkę, w której miała znicze, a ją wziąłem pod rękę. Staruszka wydawała się zakłopotana, ale odwdzięczyła się szerokim uśmiechem i w końcu, zdyszanym głosem, powiedziała: -Dziękuję, ja Pana znam. Zaskoczony pomyślałem, że z kimś mnie musiała pomylić, jednak po krótkim czasie okazało się, że starsza pani jeździła codziennie tramwajem i z niewiadomych przyczyn pamiętała moją twarz. Jedynym celem, dla którego jeździła bez celu było podziwianie. Jak powiedziała, nie budynki ją zachwycały, a spadające liście czy spływający po szybach deszcz.

Jedyny wniosek jaki mi się nasunął był taki, że nie doceniamy życia. Cieszą nas rzeczy materialne, a nie to, że po prostu jesteśmy, że możemy komuś podać pomocną dłoń, że możemy otrzymać w zamian szczery uśmiech, że ktoś o nas pamięta.
Potrafimy zadbać o zmarłych, przynosząc im piękne kwiaty i zapalając znicze, ale zapominamy o tych, którzy jeszcze stąpają po tej ziemi.

poniedziałek, 29 października 2018

María


Así como les prometí les contaré mi historia de amor, cómo encontré a mi compañera de vida, mi apoyo y mi mundo entero. Cogía el tranvía casi todos los días a las 7:43 y siempre se sentaba en el mismo lugar. Yo desde mi cabina podía ver perfectamente su reflejo en el espejo. Sus ojos oscuros, cabello rizado, piel morena y la sonrisa más bella que jamás pude ver. Algunas veces imaginaba que hablaba con ella y así ocurrió un día. Por una pequeña desgracia mis deseos se hicieron realidad. Desafortunadamente tuve un choque con un coche. No pasó nada grave pero toda la gente del tranvía tuvo que salir junto conmigo. Cuando estaba esperando a que viniera alguna ayuda la misma chica de la que les hablo se acercó a mí y preguntó si me sentía bien. Hoy ni siquiera me acuerdo muy bien de lo que le respondí. No fue el accidente sino su suave voz la que me aturdió la mente.

Esa mujer, mi futura esposa, se llamaba María. Era de España y gracias a ella les puedo ahora contar esta historia en español. María era maravillosa. Solía reirse mucho, era muy paciente, tenía un gran corazón y era muy sensible al sufrimiento de otros. No tengo suficientes palabras para decir cómo era María pero imaginen algo que más aman en este mundo. De esa misma manera yo amaba a mi mujer. Tres años después nos casamos y así como les he dicho, el grupo de los jóvenes músicos tocó en nuestra boda. Fue fantástico poder hablar con ellos otra vez y fue un honor tenerlos conmigo en ese día tan especial para mí.

Seguramente se están preguntando por qué hablo sobre María en tiempo pasado. Y sí... Hay un motivo.


Aquí está. Me encantaba verla así. Con el cabello desordenado, natural, bella.

Znalezione obrazy dla zapytania penelope cruz

źródło: google