Problemy zaczęły się już na lotnisku w Meksyku. Sam lot przebiegł zgodnie z planem, przesiadka odbyła się sprawnie, zero spóźnień, a my przerażeni, ale gotowi do działania. Ciężko było mi w jakikolwiek sposób pocieszać Marię, jako że sam nawet nie wiedziałem co ja do cholery robię i jak to wszystko się skończy. Liczyłem na to, że spędzimy jakiś czas w Meksyku, moja żona załatwi wszystkie sprawy i razem z jej siostrzeńcem wrócimy do domu cali i zdrowi. Później już myślałem tylko o tym żebyśmy chociaż wrócili żywi...
Gdy już czekaliśmy na nasze walizki po wylądowaniu okazało się, że bagaż Marii zaginął. Spędziliśmy dwie godziny na lotnisku, pytając, dzwoniąc, czekając i w normalnej sytuacji bym się nie martwił aż tak bardzo o to, bo w większości przypadków bagaż się znajduje i wysyłają go na dany adres, ale coś mi mówiło, że to już początek naszych kłopotów na tym drugim końcu świata. Po prawie czterech godzinach czekania na jakieś wieści podeszło do nas dwóch policjantów uzbrojonych po pachy. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pewnie normalne, przecież muszą być gotowi na różne sytuacje... Dopóki nie kazali Marii położyć się na ziemi i się nie ruszać. Odruchowo zacząłem ich odpychać i pytać jakim prawem tak ją traktują, ale moja odwaga szybko zniknęła jak poczułem coś twardego i zimnego z tyłu głowy. Celowali mi prosto w głowę i powiedzieli, że ja się nie ruszam, a Maria idzie z nimi. Wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać czy to był dobry pomysł żeby tam jechać, a co gorsze, pomyślałem, że moja kobieta przy mojej obecności mogła coś przemycać. Może to by wyjaśniało tajemnicze zaginięcie jej bagażu i to, że wtedy ją zatrzymali. Obezwładnili ją i prowadzili przez lotnisko jak jakiegoś przestępcę. Nagle jeden z policjantów dostał telefon. Zatrzymali się, wymienili z Marią parę słów i ku mojemu zaskoczeniu, puścili ją. Układy ? Nie wiem. Szła pospiesznie w moją stronę, powiedziała, że policja zajmie się jej bagażem, a my możemy w końcu stamtąd iść. Chyba nie chciałem pytać o szczegóły.
W drodze do naszego hotelu zacząłem strasznie panikować. Czułem jakby dopiero wtedy do mnie docierało co się dzieje. Modliłem się żeby to był jakiś sen i przerażało mnie to, że zaczynałem wątpić w swoją żonę. Zapewniała mnie, że była zmuszana do wielu rzeczy i moje życie, między innymi, też mogło być zagrożone. Ślepo za nią podążałem i chciałem przede wszystkim ją uszczęśliwić, ale sytuacja zaczynała mnie przerastać.
Tego samego wieczoru Maria była umówiona na spotkanie ze swoim siostrzeńcem. Nalegała, bym został w hotelu, bo było to niebezpieczne. Na pewno nie byłoby to spotkanie tylko między nimi, a pewnie z całą obstawą. Dostała kilka telefonów, odpowiadała krótko: ,,tak’’, ,,okej’’, ,,będę’’, ,,będę sama’’. I tak też zrobiła. Zanim wyszła, spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem, tak jakby nie wiedziała czy wróci, a ja już za nią tęskniłem. Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi poczekałem chwilkę i wyszedłem za nią. Ani nie myślałem zostać w pokoju, wiedząc że może być w niebezpieczeństwie. Taksówka już oczywiście na mnie czekała przed hotelem. Na nią z kolei czekał stary wóz, a w środku dwóch mężczyzn. Maria wyglądała na zdenerwowaną, ale była całkiem opanowana. Po około półtorej godziny dotarliśmy na miejsce. Właściwie to pusta przestrzeń i po środku niczego, ogromny dom. Zatrzymaliśmy się parę metrów dalej. Gdy Maria zbliżała się do wielkiego domu naprzeciw niej wyszedł młody chłopak i pospiesznie kierował się w jej stronę. Gdy się w końcu spotkali, rzucili się sobie w ramiona. Maria stała tyłem, a młodzieniec trzymał ją mocno i płakał. Założyłem, że to prawdopodobnie jej siostrzeniec. Po chwili zdałem sobie sprawę, że Maria ma bezwładne nogi, a chłopak dosłownie ją trzymał z całych sił, by ta nie upadła. Nagle zrobiło się wielkie poruszenie. Usłyszałem strzały, sygnały policyjnych wozów, krzyki, i jak przez mgłę, widziałem upadająca na ziemię żonę. Kiedy bez namysłu do niej podbiegłem leżała sama, bo osoba, która ją trzymała zdążyła już uciec.
Kto to rzeczywiście był i dlaczego to wszystko się wydarzyło, tę tajemnicę Maria zabrała do grobu. Moja żona wykrwawiła się na moich rękach... Trzymałem ją mocno, błagałem żeby nie odchodziła, ale rany kłute, które zadał jej ten chłopak były na tyle poważne, że bardzo szybko odeszła. Patrzyła mi prosto w oczy, tym samym spojrzeniem kiedy przysięgaliśmy sobie przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć nas nie rozłączy. Łzy leciały jej po zimnym policzku, a ja je wycierałem tak jak zwykle to robiłem, kiedy zdarzało jej się płakać. Powtarzałem, że będzie dobrze, głaskałem po głowie i nie dopuszczałem myśli, że ona naprawdę odchodzi. Wraz z jej ostatnim, krótkim i ciężkim tchem umarła i moja nadzieja na to, że cokolwiek jeszcze dobrego w życiu mnie spotka.
Nie bardzo wiedziałem co się działo wokół nas i pamiętam już tylko tyle, że dopiero choć trochę oprzytomniałem kiedy znalazłem się w więziennej celi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz