Być może zastanawia Was pewna rzecz po moim ostatnim wpisie. Skąd starsza pani, która ledwo wchodziła pod górę na cmentarz miała tyle siły, aby otworzyć drzwi od kabiny palącego się tramwaju, w którym się znajdowałem ? Mnie też to zastanawiało...
Kiedy obudziłem się w szpitalu miałem nadzieję, że ujrzę Marię, bo zapewne ktoś już ją powiadomił o nieszczęściu, które się wydarzyło. Ku mojemu zaskoczeniu (choć już sam nie wiem czy nie było to przerażenie) na krześle siedziała ta sama starsza pani i niecierpliwie wyczekiwała aż się wybudzę. Szybko podeszła do mojego łózka i upewniła się, ze wszystko już ze mną w porządku. W mojej głowie zaczęło się rodzić wiele pytań: dlaczego ta kobieta mnie uratowała, czy na pewno znała mnie tylko z tramwaju, czy rzeczywiście była po prostu straszą, schorowaną kobietą, którą spotkałem ''przypadkiem'' w drodze na cmentarz ? Ale najpierw chciałem się dowiedzieć gdzie jest Maria i dlaczego jeszcze jej tam nie było. Pomyślałem, że może ta kobieta będzie coś wiedziała, skoro (jak się domyślałem) siedziała przy mnie od dłuższego czasu. Zanim jednak zdążyłem o cokolwiek zapytać, ona zaczęła mówić: - Oni by mi tego nie wybaczyli, gdyby coś ci się stało, Adam - po chwili rozpłakała się tak, że poczułem się bezsilny i nie wiedziałem co powiedzieć.
W pierwszej chwili zastanawiałem się czy kiedykolwiek mówiłem tej kobiecie jak mam na imię, ale nie przypominałem sobie. Potem zacząłem się zastanawiać czy ta kobieta zwariowała ? Czy może myśli, że jestem kimś kim nie jestem naprawdę ? I KTO BY JEJ NIE WYBACZYŁ ? Chciałem od razu zapytać jak właściwie ma na imię, kim jest, czego chce i skąd mnie zna, ale z drugiej strony czułem strach... Bałem się usłyszeć coś czego bym nie chciał. Wolałem milczeć i przez parę minut po prostu na nią spoglądałem i myślałem od czego zacząć rozmowę.
Niestety zanim wydusiłem z siebie jakieś słowa wszedł lekarz, a kobieta, jeszcze bardziej roztrzęsiona niż ja, wyszła z pośpiechem z sali zostawiając na moim łóżku zdjęcie.
Z tyłu był numer telefonu i adres. Gdy odwróciłem zdjęcie...
Przecież to Maria...
źródło: google
Niniejszy blog ma charakter dydaktyczny i powstaje w ramach zajęć "Twórcze pisanie. Praca z blogiem" prowadzonych w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autorem bloga jest student wcielający się w wybraną, nieistniejącą postać z życia społecznego, a publikowane tu treści są całkowicie fikcyjne i nie odzwierciedlają prawdziwych poglądów autora ani koordynatora zajęć
poniedziałek, 26 listopada 2018
poniedziałek, 12 listopada 2018
El destino
No sé si creen en el destino pero yo sí, aunque en ciertas circunstancias fue muy doloroso aceptarlo pero todo pasa por algo y a veces lo que ocurre nos hace cambiar.
Salí por la mañana al trabajo, sin pensar del horror que me esperaba ese día. Hice un par de veces la misma ruta que siempre, escuchando música, mirando a la gente, esperando a los que corrían atrasados, nada espectacular. Alrededor de las 4 de la tarde, de repente, oí gritos que iban desde el primer vagón. Asustado y casi congelado del miedo vi un tremendo humo negro flotando sobre el aire. Frené el tranvía brúscamente, abrí todas las puertas para que la gente pudiera salir y lo mismo quería hacer yo, pero ya era tarde... El tranvía se puso en llamas y la puerta de mi cabina estaba bloqueada. Sentí que poco a poco me faltaba el aliento, lo único que pude ver era el fuego que abrazaba todo el tranvía y lo único en que pude pensar en ese instante fueron mis hijos. Cómo soportarían mi muerte, ni siquiera reconocerían mi cuerpo ya quemado, que horror.
Durante esos trágicos pensamientos pasó algo inesperable. Un milagro. La puerta de mi cabina se abrió y yo, con las pocas fuerzas que me quedaban, pude salir de ella. Me aparté unos metros más lejos y caí al suelo ya casi inconsciente. Tenía los ojos abiertos y pude ver que alguien se inclinaba sobre mí. Luego todo se aclaró... La señora que estaba a mi lado fue la misma que abrió la puerta de mi cabina.
Y no se lo van a creer... Era ella, la misma del cementerio, la misma a la que yo le había ayudado. Creo que fue el destino el que nos juntó otra vez. Me salvó de la muerte arriesgando su propia vida. Después de su rostro, ya me acuerdo solo del techo de un hospital.
Y así obtuve una segunda oportunidad, una segunda vida.
Y sé que la bondad algún día vuelve.
Salí por la mañana al trabajo, sin pensar del horror que me esperaba ese día. Hice un par de veces la misma ruta que siempre, escuchando música, mirando a la gente, esperando a los que corrían atrasados, nada espectacular. Alrededor de las 4 de la tarde, de repente, oí gritos que iban desde el primer vagón. Asustado y casi congelado del miedo vi un tremendo humo negro flotando sobre el aire. Frené el tranvía brúscamente, abrí todas las puertas para que la gente pudiera salir y lo mismo quería hacer yo, pero ya era tarde... El tranvía se puso en llamas y la puerta de mi cabina estaba bloqueada. Sentí que poco a poco me faltaba el aliento, lo único que pude ver era el fuego que abrazaba todo el tranvía y lo único en que pude pensar en ese instante fueron mis hijos. Cómo soportarían mi muerte, ni siquiera reconocerían mi cuerpo ya quemado, que horror.
Durante esos trágicos pensamientos pasó algo inesperable. Un milagro. La puerta de mi cabina se abrió y yo, con las pocas fuerzas que me quedaban, pude salir de ella. Me aparté unos metros más lejos y caí al suelo ya casi inconsciente. Tenía los ojos abiertos y pude ver que alguien se inclinaba sobre mí. Luego todo se aclaró... La señora que estaba a mi lado fue la misma que abrió la puerta de mi cabina.
Y no se lo van a creer... Era ella, la misma del cementerio, la misma a la que yo le había ayudado. Creo que fue el destino el que nos juntó otra vez. Me salvó de la muerte arriesgando su propia vida. Después de su rostro, ya me acuerdo solo del techo de un hospital.
Y así obtuve una segunda oportunidad, una segunda vida.
Y sé que la bondad algún día vuelve.
https://www.google.pl/search?q=płonący+tramwaj&client=opera&hs=s0e&tbm=isch&source=iu&ictx=1&fir=gxaDfroIB9e8tM%253A%252CRXF2tWn7unvhRM%252C_&usg=AI4_-kSjsVTwQHkBkEBlF96wXd4725FCZQ&sa=X&ved=2ahUKEwjCwrOQxM_eAhULD8AKHWrFCEIQ9QEwCHoECAQQBg#imgrc=GtiDq0i5uXxptM:
niedziela, 4 listopada 2018
Zmarli ponad żywymi
Obchodziliśmy niedawno dzień wszystkich świętych. Dzień, w
którym zazwyczaj spotykamy się z rodziną, spędzamy z nią czas, idziemy na groby
naszych bliskich. Dziś opowiem wam dość smutną historię, która wydarzyła się pewnego
1 listopada. Jak co roku przyjechali do mojego rodzinnego domu moi najbliżsi, cieszyłem
się bardzo, że znów mogłem ich zobaczyć. Wspominaliśmy różne historie, ja
opowiadałem co nowego spotkało mnie w pracy, ciocia nie przestawała mówić,
druga żaliła się na męża, a trzecia za wszelką cenę starała się psuć rodzinną
atmosferę. Jak to mówią, z rodziną dobrze tylko na zdjęciach.
Gdy już wszyscy byliśmy gotowi do wyjścia na cmentarz
ruszyliśmy w drogę. Oczywiście przed cmentarzem, do którego się wchodzi pod niemałą górkę, było pełno ludzi. Jedna pani oglądała się w lusterku i upewniała
się czy nie rozmazała się krwistoczerwona szminka, druga pani uważnie spoglądała
na swoje wysokie szpilki i pilnowała, aby nie wejść w śnieg (a było go sporo),
starszy pan poprawiał krawat, a młode dziewczyny, włosy. Wchodząc pod górkę
spoglądałem na te wszystkie osoby i miałem wrażenie, ze pomyliły im się święta.
Mijaliśmy kolejne i kolejne osoby aż przeszliśmy obok starszej kobiety, około osiemdziesięcioletniej.
Szła jedynie w towarzystwie swojej laski, a w drugiej ręce trzymała ciężką siatkę.
Poruszała się bardzo wolno i z każdym krokiem wydawała się coraz bardziej
zmęczona. Inni ludzie byli zbyt zajęci sobą, by móc ją zauważyć. Bez zastanowienia, podszedłem i zaproponowałem
pomoc. Przejąłem od niej reklamówkę, w której miała znicze, a ją wziąłem pod
rękę. Staruszka wydawała się zakłopotana, ale odwdzięczyła się szerokim
uśmiechem i w końcu, zdyszanym głosem, powiedziała: -Dziękuję, ja Pana znam. Zaskoczony
pomyślałem, że z kimś mnie musiała pomylić, jednak po krótkim czasie okazało
się, że starsza pani jeździła codziennie tramwajem i z niewiadomych przyczyn
pamiętała moją twarz. Jedynym celem, dla którego jeździła bez celu było
podziwianie. Jak powiedziała, nie budynki ją zachwycały, a spadające liście czy
spływający po szybach deszcz.
Jedyny wniosek jaki mi się nasunął był taki, że nie
doceniamy życia. Cieszą nas rzeczy materialne, a nie to, że po prostu jesteśmy,
że możemy komuś podać pomocną dłoń, że możemy otrzymać w zamian szczery uśmiech,
że ktoś o nas pamięta.
Potrafimy zadbać o zmarłych, przynosząc im piękne kwiaty i zapalając
znicze, ale zapominamy o tych, którzy jeszcze stąpają po tej ziemi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

